poniedziałek, 12 listopada 2012

Toruń 2009


Od lat obiecywaliśmy sobie z Najlepszą z Najlepszych odwiedzenie Torunia. Bo Toruń to, nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę, fajne miasto. Tyle tylko, że nigdy nie było czasu na spokojne jego zwiedzanie i korzystanie ze wszystkich wspaniałości, jakie Toruń ma do zaoferowania. Aż przyszedł czas, że gwiazdy w pomyślnej koniunkcji się znalazły, i sprawiły nam Wolny Weekend...

Nocleg.

Wiem, jestem burżujem i zamiast namiotu, schroniska młodzieżowego czy tanich kwater ze wspólnym wychodkiem na korytarzu postanowiłem nająć pokój w hotelu, na jedną noc. Do tego w samym sercu Starego Miasta, by zmożonego snem sprawiedliwym cielska nie narażać na niewygody w mknącej późną nocą taksówce. Jednocześnie wyszedłem z założenia, że miast apartamentu z wodnym wyrkiem i jacuzzi wystarczy nam solidne łóżko i łazienka z natryskiem, absolutne minimum by złożyć głowę po wyczerpującym i pełnym atrakcji dniu. Wybór padł na 'Hotel Gromada', który oferował najtańszy pokój w samym sercu Torunia. Tego wyboru nie żałowaliśmy. Choć na początku odstraszył nas nieco wygląd budynku, który nie był remontowany chyba od dwudziestu lat, to wnętrza okazały się całkiem wygodne i spore. Na dodatek, za skromną opłatą mogliśmy pozostawić auto na mikroskopijnym podwórzu za hotelem, by uniknąć opłat za parkowanie w strefie parkingowej i mieć komfort dozorowanego auta. W cenie noclegu znalazło się również śniadanie, którego Najlepsza z Najlepszych nie odważyła się niestety spróbować. Śniadanie to bowiem składało się z jajecznicy, za którą moja ślubna nie przepada, o ile sama jej nie przygotuje, oraz iście mikroskopijnej porcji chleba z masłem i wędliną. Jako deser podano miejscowy wyrób wysokobiałkowy. Na szczęście kawa, której dostałem cały dzbanuszek, była bardzo smaczna.

Dania główne.

Toruń to przede wszystkim urocza, średniowieczna Starówka. Wiem, zaraz ktoś będzie sarkał, że nie tylko, że przecież park etnograficzny, i że cytadela... Cóż, gdybyśmy zostali na tydzień, pewnie zakosztowalibyśmy wszystkich wspaniałości, jednak mając do dyspozycji jakieś 24 godziny, skupiliśmy się na ścisłym centrum. Nie sposób się bowiem w nim nudzić... Toruńska starówka jest wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, co nie dziwi wcale, gdyż niewiele jest w naszym pięknym kraju miejsc, w których można się poczuć jak w średniowieczu. Wąskie, brukowane uliczki, bardziej lub mniej zadbane kamieniczki z często przepięknie kutymi szyldami, wszystko to potrafi przenieść nas - choćby w wyobraźni - o kilkaset lat wstecz. Pomagają przy tym muzea z licznie zgromadzonymi eksponatami. Muzeum Kopernika to w praktyce jego dom, wypełniony eksponatami z epoki, wystylizowany na dom bogatego mieszczanina ze schyłku średniowiecza. Tuż obok jest Żywe Muzeum Piernika, czyli wciąż działająca piernikarnia z XVI wieku, w której - jeśli ktoś ma wolną godzinkę, może własnoręcznie wypiec (a później spożyć) słynnego na cały świat Toruńskiego Piernika. Udostępniono do zwiedzania również Ratusz Staromiejski - jest tam piękna kolekcja obrazów oraz prześliczne stare wnętrza, do dziś wykorzystywane przy znaczniejszych miejskich uroczystościach czy przy okazji koncertów muzyki poważnej. Krok dalej jest przepiękna kamienica Pod Gwiazdą - obecnie Muzeum Orientu. Oprócz licznie zgromadzonej broni i ceramiki wschodniej, na tyłach kamienicy zorganizowano skomponowany wedle wszelkich prawideł sztuki Ogród Zen - robiący wrażenie, choć niewielki. Jeśli komuś nie zbywa sił, może odwiedzić także Dom Eskenów ze najróżniejszym chyba asortymentem - od makiet archeologicznych i biżuterii z czasów tak zamierzchłych, że nawet najstarsi górale ich nie pamiętają, przez olbrzymi arsenał broni i umundurowania, aż do dokumentów z czasów nowożytnych i sztuki współczesnej. Na deser można odwiedzić Muzeum Podróżników, w którym prezentowane są eksponaty zgromadzone podczas podróży przez Tony'ego Halika. Można tam znaleźć sporo broni i ubrań ludów pierwotnych, a także takie dziwactwa, jak wypchany pancernik, rekinia skóra oraz zajmująca całą ścianę kolekcja breloczków od... hotelowych kluczy. Jak rozumiem, Tony po uzyskaniu takiego eksponatu hotelu z którego go uzyskał po raz drugi już nie odwiedzał :) W ramach odpoczynku można odwiedzić jeszcze ruiny krzyżackiego zamku, które często stają się areną wszelkiego rodzaju jarmarków, turniejów rycerskich, a nawet festiwali... rockowych. Przy odrobinie szczęścia można wspiąć się na sam szczyt wieży zamkowej, którą zawiaduje miejscowe bractwo rycerskie, pomachać białogłową białą bronią i dorzucić się chłopakom do piwa.

Specjalność zakładu.

Nie będę ukrywał, że przyjemność płynącą z przebywania w Toruniu próbowała nam zepsuć pogoda. Na szczęście powiedzieliśmy sobie, że czego nie uda nam się zobaczyć ja pierwszym razem, nadrobimy przy kolejnej okazji - bo ta na pewno będzie. Gdy nad miastem przechodziły gwałtowne - choć ciepłe - burze, my kryliśmy się w miejscach, gdzie płynął złocisty trunek. Znaczy się w pubach. Piwnica Pod Aniołem powitała nas sporym i świetnie położonym ogródkiem piwnym, z widokiem na Ratusz, Kamienicę Pod Gwiazdą, miejscowego Osiołka i pomnik Kopernika. Sam lokal mieści się w podziemiach Ratusza, jednak z uwagi na letnią porę zdecydowanie wybraliśmy świeże powietrze. Z rozkoszą więc zasiedliśmy, by napić się Pilsnerka w miłej atmosferze. Atmosferę tę próbowali kilkukrotnie zepsuć naprzykrzający się gościom żebracy, szybko jednak byli przepędzani przez obsługę lokalu. Samą knajpę będę jednak wspominał bardzo miło i z pewnością do niej kiedyś wrócę mając nadzieję, że uporają się wreszcie z bardzo intensywną niemiłą wonią panującą w toaletach. Inny położony na Rynku pub, który odwiedziliśmy, Grota, ma aspiracje do bycia rockową knajpą. Rozmiarami i układem wnętrz (choć nie wystrojem) przypomina poznański klub 'U Honzika', serwuje niezłe piwo i raczy klientele niezobowiązującym, bezpretensjonalnym rockiem. Fajne miejsce do spędzenia wieczoru z Najlepszą z Najlepszych czy z przyjaciółmi. Tuż obok Groty znajduje się jeden z najbardziej uroczych 'zabytków' Torunia - pomnik Filusia, psa pilnującego kapelusza i parasola swojego pana - profesora Filutka, znanego z rysunków Zbigniewa Lengrena.

Jednak prawdziwym spécialité de la maison Torunia okazały się być Kuranty. Ten położony przy Rynku dwupoziomowy klub podbił nasze serca pomysłem, wystrojem oraz repertuarem. Kulinarnym, rzecz jasna. Dolny poziom kurantów to pub z parkietem, urządzony w iście niebanalnym stylu, z podświetlanymi szybami, dającymi wrażenie przebywania raczej na szczycie wieży, niż w piwnicy. Do tego pierwsze starcie z toaletą, wyposażoną w umieszczone centralnie naprzeciwko wejścia do niej lustra, kończy się niejakim osłupieniem. Górna część, restauracyjna, urządzona w stylu dyskretnej elegancji, proponuje opróz szerokiej gamy napojów, także posiłki. Przyznam szczerze, że choć atmosferę skutecznie psują rozwieszone tu i ówdzie ekrany telewizorów, na których wiją się bohaterowie teledysków serwowanych przez stacje muzyczne, to Kuranty zdecydowanie najciekawiej prezentowały się z odwiedzonych przez nas klubów. W menu już od pierwszej strony witają nas pierogi, głośno wołając 'Wybierz mnie! Nie! Mnie!'. Nic więc dziwnego, że zaczęliśmy od pierogów (zapiekanych z mozzarellą), i na pierogach (z pieca) skończyliśmy, po drodze zaliczając pierogi na słodko. Bez dwóch zdań Kuranty można określić pierogowym niebem, i każdy pierogowy obżartuch powinien się tam pojawić. Jednocześnie zostaliśmy bardzo mile zaskoczeni wyborem herbat na zimno - nie tych sygnowanych przez Liptona czy Nestea, ale prawdziwych, świeżo parzonych, mocnych i esencjonalnych, chłodzonych lodem, z dodatkiem cytryny, limonki, listka mięty czy odrobiny malinowej konfitury. Herbaty te były zaprawdę rewelacyjne, choć dziś nie jestem w stanie sobie przypomnieć niestety, która z herbacianych firm je dostarczyła.

Deser.

Na kilka ciepłych słów zasłużył też Manekin, czyli bar naleśnikowy, w którym wylądowaliśmy na śniadaniu (w moim przypadku - drugim :) ) . Lokal urządzony w stylu western (lecz nie country ;) ) wydał się nam idealnym miejscem na rozpoczęcie tego deszczowego dnia. Po pierwsze - kawa. Podana niemalże od razu po złożeniu zamówienia (a chyba nie muszę tłumaczyć, że poranek przed kawą to zły i niedobry poranek) i na tyle dobra, że skończyła się baaardzo szybko. No i naleśniki. Spore (choć Najlepsza z Najlepszych pewnie użyła by słowa: gargantuiczne ;) ) i naprawdę przepyszne. Zamówiłem sobie wiśniowego potwora z białym serem i czekoladą, i było to naprawdę bardzo mądrze wydane 11 złotych. Najlepsza z Najlepszych wolała rozpocząć dzień od czegoś nieco bardziej wytrawnego, i swego wyboru również nie żałowała. I jeśli w Kurantach odnajdziecie pierogowe niebo, to Manekin zabierze Was na wyżyny naleśnikowego smaku.

Weekend w Toruniu sprawił, że na dwa dni oderwaliśmy się od rzeczywistości, wypoczęliśmy i odstresowaliśmy się na dobre. I pomyśleć, ze wszystkie te wspaniałości leżą o dwie godziny jazdy od Poznania!

Węgry 2009

Kiedy wyjeżdżam za granicę pamiętam o trzech rzeczach: wygodnym kapeluszu, dobrym humorze oraz tym, by kiedy tylko się da kosztować smaków miejscowej kuchni. Dzięki temu zawsze wracam pełen nowych doznań (z reguły pozytywnych :) ). Tym razem trafiłem na Węgry, gdzie moje soki trawienne musiały stawić czoła takim smakołykom, jak oko wołu, kandyzowany imbir, szef kuchni czy dziewicze ślozy...

Zanim dotarliśmy na Węgry, czekała nas długa droga. Po drodze raczyliśmy się pierogami z okna i plackami ziemniaczanymi à la Rekin na Castle Party oraz nieśmiertelnymi parkami v rohlikach i pyszną Kofolą na Spiskim Zamku. Długo by chwalić walory miejscowych kuchni. Wystarczy podkreślić, że pierogi z okna można było potem skonsumować w autentycznym salonie z epoki późnego Gomułki a Kofola jest napitkiem absolutnie wyjątkowym w skali świata - stanowi świetne połączenie coli z ekstraktem ziołowym podobnym w smaku do nalewek ziołowych typu Becherovka czy Jägermeister.

Aggtelek
Babgulyas i dziewicze łzy

Jaskinia Baradla w Aggtelek to najdłuższa jaskinia środkowej Europy. Nic więc dziwnego, że zanim zeszliśmy w głąb Ziemi, zdecydowaliśmy się na solidny posiłek. Jako, że miejscowe menu było dość ubogie, babgulyas wydawał się jedyną - prócz szaszłyka - potrawą kuchni węgierskiej. Szaszłyk zamówiła Kasia i bardzo go sobie potem chwaliła. Nie mogła nadziwić się odpowiednio przyrządzonej cebulce, która owszem, była zeszklona, lecz nie spieczona, jak to bywa w większości polskich szaszłyków. Węgrzy bowiem bardzo uważają aby cebuli nie pozbawić wody, dzięki czemu ich potrawy zyskują na smaku i aromacie. Mój babgulyas okazał się wariacją na temat zupy fasolowej na gulaszu. Dużo rzadszy od typowej Gulaschsuppe ale za to doskonale przyprawiony, no i bardzo gorący.
Wieczorkiem, po zbadaniu jaskiń i lekkim przemarznięciu (temperatura pod ziemią nie była wyższa niż 10 stopni) pozwoliliśmy sobie na pełen posiłek. Tym razem były to pieczone pierożki z mięsnym farszem dla Mej Lubej, oraz wołowina duszona w sosie pieprzowym dla mnie. Pierożki były o tyle fajne, że każdy z nich był z innym nadzieniem, niestety, było ich niewiele. Za to moje danie sprawiło, że się rozpłynąłem. A wszystko, przez sos! Esencjonalny, pachnący winem, mocno pieprzowy za to wcale nie ostry! To on stanowił o sile potrawy.
Pewnie jesteście ciekawi, cóż to są owe dziewicze ślozy. Ano, najprościej mówiąc, jest to szeroka gama drinków bezalkoholowych. Szanująca się kawiarnia ma w swym repertuarze co najmniej kilka takich napojów. Są to albo wariacje na temat znanych drinków jak Caipirinha czy Mojito (zwane wtedy np. Virgin Mojito, choć spotkałem też drink o nazwie Virgin Mary :) , który miał w swoim składzie selera!), albo autorskie kompozycje z kruszonego lodu, soków owocowych i zmiksowanych w blenderze owoców. Dlaczego piszę o bezalkoholowych drinkach? Ano, po pierwsze dlatego, że na Węgrzech dopuszczalna ilość promili alkoholu we krwi dla kierowcy to 0,0 i nie ma przebacz, a po drugie - są one zwyczajnie pyszne! Szczególnie rozsmakowałem się w mieszaninie o nazwie Tear of Passion, mająca w swoim składzie soki pomarańczowy, ananasowy oraz zmiksowane w blenderze do konsystencji piany marakuja z brzoskwinią. Dla mnie bomba!

Tokaj
Wino i tajemnice

Być na Węgrzech i nie odwiedzić Tokaju, to tak jak być na Węgrzech i nie zobaczyć Balatonu ;). Ta stolica wina, malowniczo usytuowana u zbiegu rzek Cisy i Bodrogu, na zboczu wygasłego wulkanu, to słodkie, spokojne miasteczko z wręcz oniryczną atmosferą. Przyjechaliśmy tam w jednym celu - degustować i odkrywać nowe, winne smaki. Restauracja do której trafiliśmy wyróżniała się wielką salą, pełną rozmaitych trofeów myśliwskich. Jasne więc dla mnie było, że zamówię, jak to stało w karcie... The Mystery of Tokai. Dzięki przemiłemu kelnerowi, który odwodził mnie od zamówienia tego dania z kluskami (galuska), zamówiłem z frytkami (fries), a dostałem... z ryżem (rice). Oprócz ryżu, pod całkiem sporym omletem, znajdował się kawałek ryby (lina, jak przypuszczam), pieczone udko kurczęcia i smażony płat mięsiwa, który równie dobrze mógł być wariacją na temat schabowego jak panierowaną dziczyzną. Mój Skarb zamówił natomiast stek, którego wielkość wprawiła w osłupienie nawet mnie. Był to jeden z największych połci wołowiny, jakie kiedykolwiek widziałem na talerzu. Lecz gwoździem programu miały stać się wina :). Tokaj oferuje bowiem turystom zwiedzanie piwnic winnych wraz z degustacją. My wybraliśmy najbardziej znaną, zabytkową Piwnicę Rakoczego.
Jako, że nie jesteśmy koneserami win, z bogatego repertuaru degustacyjnego wybraliśmy podróż poprzez rozmaite rodzaje win tokajskich. Mieliśmy przemiłą przewodniczkę, dzięki której dowiedzieliśmy się bardzo wiele o samych winach, jak i sposobach ich wytwarzania, przygotowywania i zwyczajach konsumpcyjnych. Warto bowiem wiedzieć, że za niepowtarzalną słodycz i aromat win tokajskich odpowiadają słońce, wysuszające część owoców niemal na rodzynki, oraz bardzo szczególna pleśń, która te owoce pokrywa. Jako pierwszego dano nam skosztować Tokaju Furmint. Jest on wytwarzany z winogron najpowszechniejszej w Tokaju odmiany Furmint, z całych kiści nie zawierających najcenniejszych owoców - tych wysuszonych i nie zainfekowanych pleśnią. Rezultat to kwaśne, wytrawne białe wino o szczególnym aromacie. Kolejnym winem był Tokaj Hárslevelű - półwytrawny trunek o intensywnym smaku, w którym nuty owocowe mieszały się z ciepłymi nutami przypraw i lipy. Jest on wyrabiany jedynie z winogron odmian Hárslevelű, podobnie jak kolejny trunek - Sárgamuskotály jedynie z winogron odmiany Yellow Muscat. Ten, zaserwowany nam jako trzeci w kolejności, wyróżniał się bardzo owocowym smakiem. Jednocześnie podczas degustacji można było niemal poczuć lekkie musowanie wina - po dodaniu do niego wody sodowej (picie wina rozcieńczonego wodą sodową to kolejny węgierski wynalazek) można uzyskać drinka rewelacyjnego na upały - odświeżającego i nie uderzającego do głowy.
Trzy kolejne wina to już ekstraklasa, a wszystkie sporządza się z winogron odmiany Furmint. Tokaj Szamorodni, nazwany tak przez polskich kupców, którzy stwierdzili, że to wino się praktycznie samo robi :), sporządza się z całych kiści. Jako, że siłą rzeczy trafiają się tam najcenniejsze dla winiarzy spleśniałe owoce, wino dostaje słodyczy i aromatu, a także procentów - jest średnio o 4% mocniejsze, niż bardziej 'poślednie' tokaje. W zależności od rocznika (czyli ilości najcenniejszych owoców) może być słodsze bądź wytrawniejsze, zawsze jednak jest pyszne. No i wreszcie najsłynniejszy Tokaj Aszú. O nim poeta pisał, że 'nie masz wina nad Węgrzyna'. Wino o kolorze ciemnego bursztynu, bardzo słodkie, a im słodsze - tym mocniejsze, i niesamowicie aromatyczne. Ciężko opisać ten aromat komuś, kto nie smakował Aszú, z uwagi na jego unikalność. Ma w sobie coś z miodu, coś z intensywności winogron - po prostu poezja. Wytwarza się go całkowicie ręcznie - ze zdrowych gron Furminta obrywa się zainfekowane owoce do osobnych, drewnianych cebrów - puttonyos. Pozostałe, wymyte i bez łodyg i liści, wyciska się do moszczu. Później, w zależności od tego, jakiej jakości wino chce się osiągnąć, wyciska się owe cebry owoców, puttony, do moszczu. W ten sposób wino zyskuje oznaczenie swej jakości - 3 puttonyos to dobry Tokaj Aszú, 6 puttonyos - najwyższej próby. Szóstym winem był unikat, którego nie ma w szerszej sprzedaży - czyli Tokaj Fordítás. Jest on wytwarzany poprzez powtórne wyciśnięcie soków z uprzednio użytych winogron pokrytych pleśnią. Dzięki temu wino to uzyskuje jedyny w swoim rodzaju ciepły aromat przypraw, kory drzew i suszonych owoców. Doskonałość w każdym calu...

Hortobagy
Czardy i bogracze

Do Hortobagy pojechaliśmy, aby ujrzeć pusztę, czyli węgierskie stepy. Przy okazji udało nam się zobaczyć prawdziwe czardy, zachowane gospody z przełomu XIX i XX wieku. Właśnie w muzealnej czardzie, na jednej z ekspozycji ujrzeliśmy bogracze - tradycyjne pusztuńskie kociołki, służące do przygotowywania posiłków. Mimo, iż płonęła w nas chęć aby jeden z nich zabrać ze sobą do Polski, postanowiliśmy powstrzymać się i zamiast tego spróbować tradycyjnej potrawy przygotowanej w bograczu. Jakież było nasz zdziwienie, gdy okazało się, że żaden z lokali nie oferował tradycyjnych bograczowych gulaszów...
Zamiast tego wybraliśmy więc rzecz dość popularną na Węgrzech, a mianowicie półmisek dla dwojga - tu zwany półmiskiem z czardy. Taki półmisek to z reguły trzy bądź cztery rodzaje 'zapychaczy' - ziemniaki z wody bądź krokieciki, kluski 'galuski', ryż (czasem podawany z odrobiną zielonego groszku, ciekawe połączenie), makaron albo frytki, oraz kilka rodzajów mięsa. Obowiązkowo jest tam smażona ryba słodkowodna (lin bądź sum, w zależności od lokalu), drób w formie smażonych filetów, skrzydełek bądź udek, oraz wołowina, często fantazyjnie doprawiona boczkiem. Do tego w ramach urozmaicenia odrobina surówek (głównie marchew i kapusta), pieczarki, duszona papryka, smażona cebula czy smażone kawałki serów. Półmisek taki choć zaplanowany dla dwojga, spokojnie może wykarmić trójkę głodnych podróżników.

Eger
Bycza krew i szef kuchni

Eger to urokliwe miasto położone u stóp Gór Bukowych. Jego burzliwa historia sprawia, że i po dziś dzień Eger to tygiel, w którym mieszają się wpływy różnych kultur. Również i kulinarnych. Bowiem nie w każdej kulturze szef kuchni jest jednym z najważniejszych składników podawanych dań... Tak, to nie błąd. Restauracja, w której zdecydowaliśmy się na posiłek wyszła na przeciwko potrzebom Polaków, którzy w pogoni za węgierskim winem udają się do Egeru, i miała menu przetłumaczone na polski. Spora bowiem część naszych rodaków nie tylko nie zna węgierskiego (co jest w sumie zrozumiałe), ale także nie posługuje się żadnym z mniej barbarzyńskich języków. Choć już wcześniej widzieliśmy w węgierskim menu srytki, to szef kuchni stanowił dla nas wyzwanie, zwłaszcza, że stanowił główny składnik przynajmniej dwóch potraw... Postanowiłem więc zamówić jedną z nich - przysmak myśliwego. Aby jednak nie być głodnym, w razie, gdyby szef kuchni okazał się łykowaty i niestrawny, zamówiłem pasującą do myśliwych zupę grzybową. Kasia wybrała zupę owocową, na którą nabrała strasznej ochoty, oraz potrawę 'dziewcząt zbierających wino'. Zupy były doskonałe. Kasia pod sporą pierzynką ze śmietany odkryła, że w jej zupie prócz wiśni i brzoskwiń pływają także winogrona i ananasy, ja zaś z pewnym rozczarowaniem stwierdziłem, że w mej zupie owszem, są grzyby - ale nie leśne, lecz pieczarki. Gdy nadeszło drugie danie okazało się, że i w jednym, i w drugim przypadku jest to dziczyzna w rewelacyjnym, gęstym sosie. Sos Mej Lubej okazał się być mocno winny, mój zaś - słodki i orzeźwiający, z podobnym zestawem owoców co zupa Kasi. Obrazu dzieła dopełniały galuski i kwaśna śmietana. Rewelacja! Choć do dziś zachodzę w głowę, czy to co zjadłem, to był jelonek, czy może jednak szef kuchni, któremu zdarzyło się przesolić którąś z potraw...
Eger słynie także z winnic, które porastają okoliczne wzgórza. Wytwarza się tu jedyne w swoim rodzaju wytrawne czerwone wino - Byczą Krew, czyli Egri Bikavér. Inaczej niż w Tokaju, gdzie tłoczy się tylko białe szlachetne wina, w Egerze wyrabia się szeroki wachlarz trunków, od czerwonych, przez różowe, po białe. Słynne na całą Europę są egerskie piwniczki, zwłaszcza te leżące w Dolinie Pięknej Pani. Jest ich tam sporo, wykute głęboko w skale, jedna przy drugiej. Tam, we wnętrzu góry, w ciszy i spokoju, w odpowiedniej temperaturze leżakują wina. Przy wejściach do piwniczek natomiast powstały winiarnie, gdzie można kosztować trunki i... zamawiać je na litry, w czym przodują nasi przedsiębiorczy rodacy. Trzeba jedynie pamiętać, że wino nalane bezpośrednio z beczki do plastikowych pojemników, czy szklanych gąsiorków, należy szybko opróżnić, by nie przeszło zapachem pojemnika, albo zwyczajnie się nie zepsuło. Do leżakowania nadają się wyselekcjonowane i butelkowane wina, które również można nabyć w Dolinie Pięknej Pani.
Dla smakosza win jest to raj na ziemi. Każda z piwniczek oferuje przynajmniej sześć do dziesięciu rodzajów wina, do tego wino z różnych roczników potrafi znacząco się różnić. Różnią się także wina z sąsiednich piwniczek, tak jak różnią się winnice z których pochodzi napój i jak różni się sposób jego wytworzenia. Niektórzy leżakują swe wina w drewnianych beczkach, inni - w metalowych kadziach, jeszcze inni mają kadzie z kamienia. Nic, tylko przechadzać się i kosztować kolejnych trunków, do czego barmanki same zachęcają nalewając odrobinę wina do kieliszków i po podjęciu przez klienta decyzji uzupełniając kielich wybranym trunkiem. Tylko trzeba pomyśleć o noclegu na miejscu, bo te 0,0% za kółkiem potrafi człowieka zaboleć. W każdym razie, Moja Pani była zachwycona. :)

Budapeszt
Langosze, perskie przyprawy i strudle

...ale zacznę od czegoś zupełnie innego. W Budapeszcie bowiem udało nam się zjeść absolutnie przewspaniałe potrawy węgierskiej kuchni - wołowinę po pesztańsku i dziczyznę w winie. Maestria smaków, jaką zapewnił nam kucharz w restauracji, do której trafiliśmy zupełnym przypadkiem, była niezapomniana. Obydwie potrawy były bardzo proste - ot, mięso uduszone w sosie, do tego zwykłe kluski czy krokieciki ziemniaczane, i coś na kształt surówki. Natomiast cuda tkwiły - po raz kolejny - w sosach. Sos Kasi zawierał w sobie świeżą paprykę, cebulkę, pieczarki i bodaj śmietanę, podczas gdy moja dziczyzna pływała w sosie miodowo - winnym, co nadawało potrawie jedynego w swoim rodzaju aromatu. Także po wizycie w Budapeszcie mogliśmy z całą pewnością stwierdzić, że to nie gulasze czy lecza stanowią o sile węgierskiej kuchni, ale właśnie sosy.
Muszę się przyznać, że Budapeszt przywitał nas takim upałem, że posiłki musiały być lekkie i aromatyczne. Stąd trafiliśmy do przytulnej perskiej knajpki, w której oprócz fajki wodnej (nie zdecydowałbym się na nią, bo już samym rozgrzanym budapesztańskim powietrzem ciężko było oddychać) był szeroki wybór sałatek. Sałatki te zawierały w sobie prawdziwą fetę i kilka rodzajów oliwek - Moja Żona rzecz jasna w swojej musiała mieć różnego rodzaju brzydale - macki ośmiorniczek, krewetki i małe małże. Do tego 'wisienką na torcie' były perskie przyprawy, których nie odważę się zidentyfikować, nadające sałatkom fajnego orientalnego posmaku.
No i langoliery... Langosze znaczy się. Absolutnie niesamowita niesamowitość. Langosz to węgierski, wielki, drożdżowy racuch, podawany nie na słodko, jak to się zwykło u nas podawać, ale na słono. Racuch ten ma wielkość niedużej patelni i jest w miarę płaski. Jada się go samego, posolonego, albo w wersji extra, czyli posmarowanego kwaśną śmietaną i posypanego serowymi wiórkami z miękkiego, niewysuszonego sera. Podaje się go oczywiście na ciepło, tak, aby śmietana go lekko schłodziła, a ideałem jest, by ser stał się jednocześnie leciutko ciągnący. Pycha!
Strudle natomiast to specyficzne, ukochane przez Austriaków ciastka z różnorakim nadzieniem. W budapesztańskiej Hali Targowej, wśród wszystkich kolbas, arbuzów, salami, brzoskwiń i papryki było kilka stoisk oferujących te smakowitości. Można było zamówić strudla z twarogiem, jabłkami, makiem, orzechami, wiśniami albo dowolną kombinacją tych składników, jak też pewnie ze składnikami, o których dziś już nie pamiętam. Zupełnie przypadkiem dowiedzieliśmy się też, jak się takiego strudla robi (a robi się go całkiem inaczej ;) ) - otóż najpierw szykuje się masę do nadzienia, ważne, aby była plastyczna. Z masy robi się odpowiedniej wielkości wałek, nadziewa wzdłuż na specjalny rożen, smaruje olejem i oblepia wąskim a długim skrawkiem ciasta. Następnie wałkuje się całość tak, aby znikły miejsca, gdzie stykały się krańce skrawka ciasta, i wkłada do rozgrzanego piecyka rożnowego. Ważne, by rożen się cały czas obracał przy pieczeniu. Kilka minut, i pyszotka jest gotowa.
Na tym samym targu udało nam się skosztować trochę kandyzowanych owoców - wytwarzanie tych cudeniek ma długą tradycję na Węgrzech. Trzeba przyznać, że świeże kandyzowane owoce mają doskonały aromat, a jeśli nie są jeszcze wysuszone, to dodaje im smaku. Szczytem był kandyzowany imbir - słodki i pyszny, lecz po momencie potrafiący wypalić dziurę w gardle. Stanowił dla mnie zamiennik dla napojów energetycznych - po zgryzieniu małego imbirka nie miałem siły by zmrużyć oka przez dobre pół godziny, co przydawało się przy prowadzeniu samochodu późną nocą :)
Pisząc o Budapeszcie nie można zapomnieć także o marcepanie, który uważany jest za typowo węgierski przysmak. Większe marcepanerie posiadają własne mini-muzea marcepanu, w których prezentowane są w pełni jadalne, przesmaczne arcydzieła sztuki kulinarnej, których przygotowanie zajmuje miesiące, zaś zjedzenie - moment. Trzeba przyznać, że jadalny pesztański parlament czy tort z 1400 jaj robią wrażenie.

Znojmo, Morawy
Wole Oko i zielone wino

Znojmo to jedno z najstarszych czeskich miast, położone urokliwie nad brzegiem rzeki Dyiji. Jednocześnie właśnie tu zbiegają się dwa morawskie szlaki winne, a okoliczne wzgórza aż roją się od winorośli. Nic więc dziwnego, że wracając do Polski ominęliśmy Wiedeń i Bratysławę szerokim łukiem, by wypocząć trochę w tym uroczym miasteczku.
Znojmo przywitało nas festynem, na którym rzecz jasna można było skosztować miejscowych, morawskich trunków. Szczególnie przypadło mi do gustu wino Veltlínské zelené, które faktycznie jest zielone, półwytrawne i dość goryczkowate. Jednocześnie jest na tyle lekkie i owocowe, że nie gorycz nie przeszkadza w kosztowaniu. Na Morawach, podobnie jak w Egerze, każdy winiarz wytwarza kilka rodzajów win, zaś to samo wino pochodzące z różnych winnic może dość znacząco się różnić. Tu jednak kosztowanie wina jest utrudnione, bowiem winnice trzeba samemu odwiedzać - albo poczekać na któreś z Bachanalii, na których wszyscy okoliczni winiarze wystawiają swoje trunki.
Jako niestrudzony poszukiwacz rzeczy dziwnych, choć strawnych, nie mogłem sobie odmówić przyjemności skosztowania wolego oka, gdy tylko zobaczyłem je w karcie w czeskiej restauracji. Owo oko było jednym ze składników 'Żeberek po myśliwsku', więc niewiele myśląc zamówiłem tę potrawę, zastanawiając się, jak też to oko może wyglądać, i czy naprawdę chciałbym je zjeść. Gdy kelner wreszcie przyniósł zamówioną potrawę, okazało się, że dostałem żeberka z posadzonym na środku jajem. Dopiero wujek Google powiedział mi, że po czesku volské oko to sadzone jajo. :) Same żeberka były bez zarzutu, choć u nas w Polsce na taką potrawę mówi się raczej 'schab z kością' :) Mojej Pani 'Żeberka po cygańsku' smakowały tym bardziej, że mogła do nich zamówić 'Złotego Bażanta'...

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o innych wspaniałościach, jak choćby zawijaniec z wędzonego sera, nabyty w zwykłym spożywczaku, jak ginger ale czyli napój imbirowy Kinley'a, który doskonale wiązał wodę w organizmie, czy przesłodkie napoje lodowe, które polegały na wlaniu obrzydliwie słodkiego owocowego syropu do szklanicy wypełnione drobnym lodem czy wręcz śniegiem. Muszę też wspomnieć o doskonałej miskolcowej śliwowicy i pysznym morawskim miodzie pitnym, o delikatnym posmaku orzechów. Zdecydowanie, podróż po Węgrzech była jednocześnie prawdziwą ucztą dla podniebienia, i już dzisiaj zaczynam tęsknić do pysznych węgierskich wyrobów. :) Mniam!

Litwa 2008


Kiedy wyjeżdżam za granicę pamiętam o trzech rzeczach: wygodnych butach, rozdzielaniu miejscowej waluty między co najmniej trzy portfele oraz tym, by kiedy tylko się da kosztować smaków miejscowej kuchni. Dzięki temu zawsze wracam pełen nowych doznań (wszak nie zawsze pozytywnych :) ). Tym razem trafiłem na Litwę, gdzie moje soki trawienne musiały stawić czoła takim okropieństwom, jak suszone ryby, świńskie uszy czy sfermentowany chleb.

Trakai.
Kybliny i Baltas.

Pierwszego dnia podróży trafiliśmy do karaimskiej restauracji w Trokach. Kuchnia Karaimów bierze wiele z kuchni tureckiej i tatarskiej, więc nietaktem byłoby nie wykorzystać okazji i nie spróbować tego, co mają do zaoferowania. Najbardziej znaną potrawą są kyblyny - całkiem spore smażone pierogi nadziewane baraniną, wołowiną bądź - jak wszędzie na Litwie - nadzieniem z ziemniaków i twarogu przypominającym nasze 'ruskie pierogi'. Można było również zamówić czeburaki - równie spore, najpierw gotowane a później zapiekane baraninowe pierożki (które miałem okazję kiedyś konsumować na Mazurach), a także jazmę, czyli smakowity biały chłodnik, na który skusiła się Kasia. Ponoć był rewelacyjny :) Ja zaś stwierdziłem, że najsmakowiciej w menu prezentuje się ajaklyk, czyli wypełniony baraniną pieróg z ciasta francuskiego, o rozmiarach małego czołgu porucznika Grubera, do tego skusił mnie nadziewany orzechami... pomidor. Wyboru nie żałowałem, bo takie zestawienie było nie tylko smaczne, ale pozwoliło na skuteczne wzmocnienie utrudzonego podróżą organizmu. Gdybym jeszcze wiedział, że nie będę już tego wieczora prowadził, z pewnością skusiłbym się na krupnik, znany również w Polsce specjał pochodzący właśnie z kuchni karaimskiej. Niestety, kosztowanie tego napitku muszę odłożyć na kolejną wizytę w Trokach. Za to wieczorem pełen relaks - piwko w restauracji z przepięknym widokiem na zamek. Zdecydowaliśmy się na 'Baltasa', jasne, pszeniczne piwo, podawane w wąskich, rozszerzających się ku górze pokalach, udekorowanych plasterkiem cytryny. Smak - powalający na kolana! Później, zupełnie przypadkiem, w muzeum w Pałandze dowiedzieliśmy się, że Baltas to nazwa rodzaju mlecznego bursztynu znajdowanego nad Bałtykiem. Co za adekwatna nazwa! Świeżo nalane piwo jest białe, potem, w miarę upływu czasu biel się zmienia w lekko mętny bursztyn :) Rewelacyjna, gęsta piana, która nie pozwala bąbelkom swobodnie uchodzić. Pierwszy strzał w miejscowe piwa, i od razu trafienie, do tego takie, które bardzo wysoko ustawiło poprzeczkę dla kolejnych testowanych napitków.

Vilnius.
Bliny, Chlebuś i Gira.

Wilno słynie ze swoich restauracji i cukierni. Cukierni niestety nie dane nam było odwiedzić, gdyż pogoda nie sprzyjała spożywaniu słodyczy, do tego i ja skupiłem się raczej na testowaniu piw wszelakich, które z ciastem się nie komponują :) Odkryciem dnia był schłodzony kwas chlebowy, jeszcze pracujący, który można było nabyć w jednej z sieci sklepów. Duona gira, czyli ów kwas, jest bardzo popularny na Litwie, można go zamówić w każdej knajpce, gdzie często jest przyrządzany na miejscu, dzięki temu staje się niepowtarzalny. Podawany jest również różnie - w zwykłych kubkach, w pokalach albo jak w restauracyjce w Kownie - w kamionkowej czarce, z dodatkiem rodzynek. Smakuje karmelem, bardzo leciutkim, słodkim, ale jednocześnie goryczkowatym. Co poniektórzy twierdzą, że gira jest dużo lepsza od piwa (co bzdurą jest, bo od piwa jest lepsze jedynie jeszcze więcej piwa). Plusem jest to, że po kwasie chlebowym można legalnie prowadzić (ale można się nim także upić, gdyż zawiera do 2% alkoholu). Co ciekawe, we wszystkich lokalach na Litwie można zamówić zakąskę do piwa. Może to być gotowany groch, chleb smażony z czosnkiem i serem, a nawet wędzone świńskie uszka! Trzeba było wszystkiego popróbować, zwłaszcza chleba, który w jednym z wileńskich lokali był bezkonkurencyjny. Gorący, pachnący duona, czyli chleb, nie przesuszony na grzankę, z ciągnącym się aromatycznym serem - idealna przekąska. W zestawie było kilka jego rodzajów - ciemny, miodowy ajer, pieczony na liściach tataraku (które można często znaleźć w samym chlebie!), słodowy chleb kowieński z kminkiem i jasny chleb Pałanga, pieczony bez dodatku cukru. Od dawna byłem fanem litewskiego pieczywa, ale podawane w takiej formie - to po prostu niebo w gębie! Świńskie uszka to osobny temat, smakują jak dosyć twardy, wędzony boczek, z chrząstką i dość tłusty. Interesujący smak, jednak nie na tyle, by zamawiać go do każdego spełnionego kufla. No i wreszcie bliny. Po blinach spodziewałem się tego, że będą robione z mąki gryczanej, ale jak się okazało, tak podawane są specjałem kuchni rosyjskiej, nie zaś litewskiej. Litwini robią naleśniki tak, jak my, ze zwykłej mąki, natomiast uznanie budzi wielość różnych nadzień. Od słodkich, serowych czy owocowych (pieczony banan jest wspaniały!), po grzybowe (z pieczarek lub leśnych grzybów), mięsne (kurczak lub wieprzowina) czy pikantne (duuuużo papryki). Do tego sporo sera i mamy fajny wybór. Nic dziwnego, że pewną naleśnikarnię spod Ostrej Bramy trzeba było testować dwukrotnie!

Nemencine i okolice.
Stintos, Cydr i inne wynalazki.

Po tych kulinarnych szaleństwach trzeba było odpocząć. Dzięki uprzejmości Krzysia wylądowaliśmy pod Niemenczynem w małym domku nad brzegiem jeziora. Jak jezioro - to muszą być ryby! Ryb, oczywiście, nie brakowało, tak w wodzie (łowiliśmy je raźno przez całe popołudnie i wieczór), jak i na stole. Rybami z grilla uraczyła nas Mama Krzysia, były to węgorz, łosoś, lin i - sądząc po ilości ości - leszcz. Pierwszy raz się zetknąłem z tak pieczonymi rybami, ale muszę przyznać, że były przepyszne! Może to zasługa przypraw, może - grilla napędzanego nie węglem a pachnącym drewnem, a może wspaniałego leśnego powietrza, ale smak pieczonej na grillu ryby był doskonały! Do tego Ewa wyciągnęła z plecaka inny litewski specyjał - suszone stintos. Były to małe, bardzo słone rybki, wysuszone tak, że trzeba je było żuć. Nie umiałem ich zidentyfikować, ale przypuszczam, że były to jakieś szproty. Smakowały bardzo intensywnie i ciekawie. Kiedyś, takie rybki służyły pewnie ludziom nie tylko jako pokarm, ale też jako świece :) Niezła przegryzka pod piwo :) A że rybka lubi pływać nie tylko w piwie, wziąłem się za testowanie różnych innych wynalazków, w które litewskie sklepy rzeczywiście obfitują. Na pierwsze miejsce wysunął się cydr, czyli owocowy napój alkoholowy, znany i ceniony głównie w zachodniej Europie. W lokalach podawany jest czasami tradycyjny cydr jabłkowy, bardzo smaczny zresztą, natomiast w sklepach dostępne są cydry gruszkowe, truskawkowe i wiśniowe. Największym powodzeniem cieszył się cydr gruszkowy, który jednogłośnie uznany został za najsmaczniejszy z butelkowanych (jabłkowego jednak nie dane mu było przebić). Pozostałe dwa potrafiły niestety (zwłaszcza przy powolnej konsumpcji i ociepleniu się napoju) dość mocno zalecieć siarką. Cydr owocowy dość mocno kojarzył mi się ze swojskim kruszonem, który wieki temu został wycofany z polskich sklepów. Oprócz cydru zdarzyło mi się skosztować różnych drinków, puszkowanych i butelkowanych - dżinu z tonikiem (robię lepsze, ratował go rozmiar - 0,5 litra zniknęło dosyć szybko w mej gardzieli), caipirinhy (zalatywała chemią, poza kolorem nie miała w sobie nic ciekawego) i czegoś, co nazywało się FIZZ a było paskudnym sikaczem, który smakował jak woda z sokiem i odrobiną kiepskiej wódki. Autorytatywnie stwierdzam - piwo jest dużo lepsze od tych świństw!

Kaunas.
Zeppeliny i Chłodnik.

Kowno to przede wszystkim starówka, położona u zbiegu dwóch wielkich litewskich rzek - Niemenu i Wilii. Na tejże starówce dane nam było trafić do stylizowanej na wiejską chatę restauracji, w której kosztowaliśmy kolejnego miejscowego specjału - Zeppelinów. Zeppeliny, zwane także kartaczami, to bardzo duże pierogi z mąki ziemniaczanej i tartych ziemniaków, z nadzieniem z mielonego mięsa, bądź - znów - z twarogu, podawane z kwaśną śmietaną bądź polane tłuszczem i skwarkami (kwaśna śmietana to jeden z symboli kulinarnej Litwy). Co tu dużo gadać, dwa takie pierogi nasycą stado emigrantów z Etiopii, a nie tylko jednego głodnego podróżnika :) Przepyszna sprawa! Kolejną testowaną potrawą była saltibarsciai, czyli po ichniemu chłodnik. Na różne chłodniki trafialiśmy, każdy z nich był pyszny. Czerwony barszcz z gęstą kwaśną śmietaną (znowu!), mięsem, serem, czasem jajkiem oraz dużą ilością warzyw na zimno - podawany z gotowanymi ziemniakami na osobnym spodeczku. Pychota!

Neringa.
Kołduny i Sałatki.

W Nidzie znaleźliśmy się pod koniec naszego wyjazdu, i tak naprawdę dopiero tam trafiliśmy na polecaną nam sieć pizzerii 'Cili Pica'. Mogliśmy dzięki temu spróbować naprawdę świetnych kołdunów, czyli małych pierożków. Do wyboru było nadzienie z leśnych grzybów (bardzo aromatyczne i wręcz rewelacyjne) oraz mielonego mięsa wieprzowego (nieco przyciężkie, ale wciąż pyszne). Kołduny można gotować, tu jednak pierożki były smażone w głębokim tłuszczu a później zapiekane z serem i odpowiednim sosem. Konsumpcja tak mnie pochłonęła, że straciłem całą pierwszą połowę finału Euro (i, jak się potem okazało, jedynego gola tegoż finału), ale absolutnie nie żałuję. Nie byłbym też sobą, gdybym nie wspomniał o ciekawej koncepcji tworzenia sałatek, którą prezentują litewskie restauracje. Otóż są one z reguły podawane na wielkim, płaskim talerzu, oraz, co ważniejsze, nie składają się z sałaty i dodatków, co jest w Polsce regułą, ale mają swoje własne unikalne połączenia. Do ryb i owoców morza podaje się rukolę albo kapustę pekińską, do mięs zwykłą kapustę a sałatę widziałem jedynie w składzie typowo warzywnych sałatek (np. w greckiej). Można też skosztować absolutnie unikalnych sałatek, jak np. 'Kaprys', czyli sałatka z moim ukochanym ozorkiem cielęcym, czy 'Eldorado' z orzechami włoskimi i awokado. Palce lizać (i obgryzać) ;).

Palanga.
Karbonada i Lody.

Połąga była wisienką na torcie naszego wyjazdu. Na pobyt w niej poświęciliśmy jedynie kilka godzin, ale absolutnie było warto! Gdy nad morzem wieje wiatr, wystawiony na jego działanie człowiek musi szybko uzupełnić braki energetyczne. Tym razem trafiliśmy do świetnej, stylizowanej na kubańską, knajpki. Podczas całego pobytu na Litwie zdarzyło nam się kosztować lodów. Jednak w tamtejszych lokalach nie znajdziecie wielu różnorodnych deserów lodowych. Lody najczęściej podaje się bez dodatków, ewentualnie z owocami albo... dżemem :). Miłym wyjątkiem był lokal w Połądze, gdzie wybór deserów lodowych był spory, a same desery smaczne i niemałe. Sam zestaw smaków był ciekawy - gruszkowe lody z rumem, rodzynkami i bitą śmietaną, czy wieloowocowe lody z bananem, pomarańczą i ananasem, obok truskawek i owoców karamboli. Co ciekawe, lody zostały zaserwowane nam nie w pucharze, jak to jest przyjęte w Polsce, ale na głębokich, udekorowanych wiórkami kokosowymi i sosem czekoladowym talerzach. Napisałem o karambolach, nie mogę nie wspomnieć o nidzkiej karbonadzie :) Byłem przekonany, że karbonada to jakiś wymyślny sposób przyrządzania mięsa, charakterystyczny dla północnej Litwy. Okazało się jednak, że nie jest to nic innego, jak nasz swojski schabowy, w moim przypadku mało wysmażony, za to z dodatkiem pysznego sosu 'z białych grzybów', czyli białego wina, śmietany i grzybów leśnych. Danie smaczne, aczkolwiek najsmaczniejszy był w nim sam sos, który z powodzeniem był stosowany przy przyrządzaniu innych dań, na przykład ryby maślanej. Karbonadę, czyli schaboszczaka, wolę jednak mocno wysmażoną, z dodatkiem gotowanej kapusty :).

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o innych wspaniałościach, jak choćby własnoręcznie zbierane nad jeziorem leśne poziomki, słodkie i aromatyczne, jak litewski nabiał, który pyszny jest i basta (zwłaszcza zasmakowałem w jogurcie o smaku pomarańczy z dodatkiem czekoladowych wiórków), jak ziołowe likiery i miody, o powalającej mocy i zniewalającym smaku (jak słynne 'Trzy Dziewiątki' i Suktinis), czy jak mleczny deser o porażającej nazwie 'Deser Dnia', który składał się ze świeżego twarogu i soków owocowych (choć to nie do końca prawda, bo ów 'twaróg', czy jak chciała karta - 'curd', to po prostu tłuste mleko zakwaszone słodkim sokiem i przetarte do konsystencji sernikowego nadzienia). Zdecydowanie, podróż po Litwie była jednocześnie prawdziwą ucztą dla podniebienia, i już dzisiaj zaczynam tęsknić do pysznych litewskich wyrobów. Tęsknić na tyle, że stojąc w markecie przed półką z jogurtami najczęściej odchodzę z kwitkiem, bo żadna 'Bakoma' czy inny 'Zott' nie są w stanie zastąpić mi litewskich '&Joy'ów'. :) Mniam!